Gruba - Natalia Rogińska

Karolina | Literatura piękna / powieść polska | 2 marca 2010

O książce w Kolporter.pl:

Gruba

Przeczytaj fragment:


Grubym wszędzie jest miękko. Otulina z tłuszczu działa jak anatomicznie dopasowana poduszka i nawet na niewygodnych siedzeniach w autobusie pozwala czuć się komfortowo. Nic nie uwiera, nic nie gniecie. Tylko sprzączka od stanika wrzyna się w ciało, ale z czasem zaczynasz ją ignorować.
Wiele rzeczy musisz nauczyć się ignorować. Spojrzenia kobiet, które traktują cię jak przestrogę przed zjedzeniem nadprogramowej ilości kalorii. Brak spojrzeń mężczyzn, którzy mają cię za istotę aseksualną. Ignorujesz też nowe kolekcje ubrań w sklepach, bo wiesz, że nie są dla ciebie. Ignorujesz słowa, które wykrzykują dzieci na twój widok. Ignorujesz przestrogi lekarzy. Ignorujesz promienie słońca. Ignorujesz własne odbicie w lustrze.
Ignorujesz problem.
Babcia twierdziła, że wydatny brzuch i masywne uda to kobiece kształty.
– Głupia jesteś? Będziesz mi mówić o kobiecych kształtach u ośmiolatki?! – mówiła moja matka, która zazwyczaj nazywała rzeczy po imieniu, tylko do mnie zwykła wołać „Fałdo” albo „Krowo”, choć na imię mam Magda.
Potem, jak w wieku dziewięciu lat ku zaskoczeniu wszystkich zostałam miesiączkującym dzieckiem, czyli biologicznie rzecz ujmując kobietą, mama nadal nie nazywała mojego biustu i bioder kobiecymi kształtami, a do mnie zwracała się per „Jej Zwalistość”.
A babcia, która była kobietą o sylwetce jak chudy i długi cień późną godziną, cały czas komplementowała moje krągłości, których z każdym rokiem przybywało.
– Wyrośnie! – mówiła do mamy, gdy ta biła mnie po rękach, ilekroć sięgałam po coś do jedzenia.
– Wyrośnie, owszem… Z rozmiaru czterdzieści cztery do końca tego roku!
Babcia całowała mnie w czółko na dobranoc i życzyła słodkich snów, a mama odmawiała mi wszelkiej słodyczy, nawet we śnie.

Mój przystanek. (Czytaj dalej… »)

Biała bluzka. Najpiękniejsze opowiadania - Agnieszka Osiecka

Karolina | Literatura piękna / opowiadania, nowele | 2 marca 2010

O książce w Kolporter.pl:

Biała bluzka. Najpiękniejsze opowiadania

Przeczytaj fragment:


CZARNA WIEWIÓRKA

Paź królowej

Miałem dziś podręcznikowy sen.
Kiedyś, kiedy byłem żonaty z Weroniką, zdarzało mi się powiedzieć:
– Wiesz, śniło mi się, że…
Na to jednak Weronika niezmiennie odpowiadała:
– Błagam cię, tylko nie opowiadaj mi snów.
Na twarzy Weroniki wałęsał się przy tym nieznaczny uśmieszek pogardy. Prawdę mówiąc, był tam już chyba wtedy, kiedy w magistracie zdecydowała się powiedzieć „tak”. Mój ojciec, który przyjechał prosto z kolei, zgubił okulary, i był w ogóle w jak najgorszym humorze, powiedział mi na powitanie:
– Wydaje mi się, że jest dla ciebie trochę za piękna.
– Tak uważasz?
– Wystarczy, że ona tak uważa.
Weronika cierpiała na coś, co można by nazwać kompleksem królewny i pazia. Mężczyzn, a zwłaszcza mnie, traktowała z łagodną wyrozumiałością, niby nieszkodliwych idiotów, którzy „na swój sposób” potrafią być nawet zabawni. Byle nie przekraczali pewnych granic. Sposób, w jaki wymawiała moje imię („Gieeniu”), spowodował, że zacząłem je nienawidzić. Trudno zresztą powiedzieć, że Weronika „cierpiała na kompleks”, raczej „radowała się kompleksem”. Ilekroć byliśmy między ludźmi, tak potrafiła wszystko zamącić i przekabacić, że nie wiedzieć kiedy przegrywałem najgłupsze potyczki. Któregoś dnia wyznałem komuś ze znajomych, że coraz bardziej pociąga mnie grzebanie w duszy ludzkiej, a coraz mniej – w wyrostkach i wątrobach.
– A więc wierzy pan, że człowiek ma duszę.
– Powiedzmy osobowość. I sądzi pan, że amatorskie majstrowanie w drugim człowieku może dać jakiś rezultat?
– Kto powiedział, że amatorskie?
– Zatem zawodowe?
– Można spróbować. (Czytaj dalej… »)

Pod kopułą - Stephen King

O książce w Kolporter.pl:

Pod kopułą

Przeczytaj fragment:


Duke Perkins patrzył na scenę, jaka się rozgrywała za plecami Dużego Jima. Ernie Calvert i Johnny Carver ze stacji benzynowej Mill Gas & Grocery pomagali Jackie wstać. Policjantka była oszołomiona. Z nosa ciekła jej krew, ale poza tym nie widać było obrażeń. Tak czy inaczej sytuacja wyglądała nieciekawie. Oczywiście w pewnym stopniu to normalne, gdy zdarzy się wypadek z ofiarami śmiertelnymi, lecz tym razem najwyraźniej coś potoczyło się gorzej niż zwykle.
Choćby kwestia samolotu. Na pewno wcale nie próbował lądować. Za dużo było wokół jego części, zbyt szeroko rozrzucone. I ci gapie. Też jakoś nie w porządku… Randolph nie zwrócił na to uwagi, ale Duke Perkins – owszem. Ludzie powinni utworzyć jedną grupę. Zawsze tak robili, jakby szukali pocieszenia w obliczu śmierci. Tymczasem tutaj ustawili się w dwóch grupach – po obu stronach miejskiej granicy. A ci, którzy zebrali się na terenie Motton, stali stanowczo zbyt blisko płonącej ciężarówki. W zasadzie w bezpiecznej odległości, jednak… dlaczego nie przechodzili dalej?
Zza zakrętu na południu wyłoniły się pierwsze wozy strażackie. Trzy. Z radością dostrzegł na boku drugiego złoty napis STRAŻ POŻARNA Chester’s Mill WÓZ NR 2. Tłumek zafalował, cofnął się między krzewy, robiąc straży więcej miejsca. Duke skupił się ponownie na Renniem.
– Co tu się stało? Coś wiesz?
Rennie otworzył usta, ale nie zdążył się odezwać, bo uprzedził go Ernie Calvert.
– Na drodze jest jakaś przeszkoda. Nie widać jej, panie władzo, ale jest. W nią uderzyła ciężarówka. I samolot też.
– Właśnie, cholera! – poparł go Dinsmore.
– I Wettington też się z nią zderzyła – dorzucił Johnny Carver. – Całe szczęście, że wolno szła.
Objął ramieniem Jackie, która nadal miała nieprzytomne spojrzenie. Na rękawie kurtki Carvera, naznaczonej hasłem: TANKUJĘ W GAS & GROCERY, widniała plama krwi policjantki. Nie uszło to uwagi Duke’a.
Po stronie Motton zjawił się kolejny wóz strażacki. Pierwsze dwa zablokowały drogę, ustawiając się w literę V. Strażacy już wysypywali się z samochodów, rozwijali węże. Duke usłyszał dobiegający od Castle Rock pulsujący sygnał karetki pogotowia. (Czytaj dalej… »)

16 pragnień. Analiza motywacyjna - Steven Reiss

Karolina | Nauki humanistyczne / psychologia | 23 lutego 2010

O książce w Kolporter.pl:

16 pragnień. Analiza motywacyjna

Przeczytaj fragment:


Rozdział 8. ZWIĄZKI

David Buss, psycholog ewolucyjny, jest przekonany, że atrakcyjność seksualna opiera się na cechach, które są bardzo korzystne ze względu na zaspokajanie potrzeb seksualnych i reprodukcję. W czasach prehistorycznych kobiety musiały być chronione podczas połogu i w okresie wychowywania dzieci, wybierały więc partnerów o cechach odpowiadających tym potrzebom. Mężczyźni, którzy byli silni i zorientowani na rodzinę, łatwiej zdobywali partnerkę i przekazywali swoje geny potomstwu. Przez kolejne pokolenia mężczyźni stawali się coraz silniejsi i być może bardziej wierni swoim partnerkom.
Mężczyźni wykazują wiele cech, które budzą zainteresowanie kobiet. Zaliczają się do nich: bogactwo (należące do podstawowego pragnienia statusu), zaangażowanie (należące do podstawowego pragnienia rodziny), sprawność fizyczna (należąca do podstawowego pragnienia aktywności fizycznej), pewność siebie (należąca do podstawowego pragnienia akceptacji), wygląd (należący do podstawowego pragnienia seksu) oraz wierność (należąca do podstawowego pragnienia honoru). Mężczyźni przejawiają także skłonność do rywalizacji. Jak pisze Buss (1994, s. 5):

W bezwzględnej pogoni za seksem mężczyźni i kobiety ubliżają swoim rywalom, oszukują przedstawicieli przeciwnej płci, a nawet własnych partnerów.

Psychoanalitycy są natomiast przekonani, że to podświadomość wywiera potężny wpływ na przyciąganie seksualne (Strean, 1985). Według Freuda ludzie wybierają idealnego partnera seksualnego na dwa sposoby. Kiedy wybór ma charakter narcystyczny, człowiek jest nieświadomie motywowany do tego, by zakochać się w kimś podobnym do siebie lub w kimś, kim chciałby być, albo też w kimś, kto wykazuje nieuświadomione podobieństwo do jego rodzica, brata lub siostry. Kiedy wybór ma charakter anaklityczny, na skutek nieświadomej motywacji zakochujemy się w kimś, kto karmi, żywi i chroni. (Czytaj dalej… »)

Kobiety - Zofia Nałkowska

Karolina | Literatura piękna / powieść polska | 19 lutego 2010

O książce w Kolporter.pl:

Kobiety

Przeczytaj fragment:


(…)
– No – ale na co ja pani jestem potrzebna?
– Zaraz – muszę przecież zacząć od początku… Otóż ja uważam za rzecz nader pożyteczną dla sprawy kobiecej zejście się i porozumienie z kobietami „złych obyczajów” właśnie na drodze stosunków towarzyskich… To jest dziwactwo z mej strony zapewne, ale ja zawsze lubię iść przeciw prądowi…
Uśmiechnęłam się na tę myśl.
– To może być bardzo zabawne – zauważyłam – bo te kobiety są chyba ciekawsze od wielu naszych kur domowych… Ale widzieć w tym jakieś znaczenie ogólniejsze…
– Naturalnie! Przede wszystkim powinnyśmy zrozumieć wszystkie naszą wspólność interesów… Ostracyzm towarzyski, jakiemu podlega cały demi-monde, jest w naszej partii wojną domową, jest osłabieniem się, które chętnie tolerują, a nawet podsycają mężczyźni. Odpowiedzialność za swoje winy zrzucają w zupełności na te straszne twory bez sumienia, w nienawiści do nich dają ujście wszystkim tym pasjom zazdrości, które bez tego żony ich, narzeczone, matki zlałyby na ich własne głowy. To jest bez wątpienia zupełnie sprytna strategia, ale my nie powinnyśmy brać się na to tak łatwo, powinnyśmy solidaryzować się wszystkie w walce przeciw wspólnemu wrogowi.
– Kiedy te kobiety nienawidzą nas podobno bardziej jeszcze, niż my je…
– Bo im się zdaje, że jesteśmy od nich szczęśliwsze – ale trzeba rozwiać to śliczne złudzenie, trzeba je uświadomić, że i my, jak one, odczuć potrafimy naszą krzywdę, że uznajemy w nich podobne do nas kobiety, podobnych do nas ludzi… I stąd te fałsze bezustanne… Pani wie, jak to się mówi o kobiecie polskiej, jak swojsko i sympatycznie typ jej uwiecznił Sienkiewicz… A przecież typ to niesłychanie sztuczny, uwarunkowany jedynie istnieniem prostytutek, które z tym typem nic nie mają wspólnego, o których nie mówi się przez przyzwoitość, jak się nie mówi o nawozie, bez którego nie dałby się wychować w dusznej cieplarni mieszczańskiej sztuczny, egzotyczny, nieprzystosowany do warunków naturalnych, niepotrzebujący już słońca, deszczu, przestrzeni kwiat, zwany „kobietą uczciwą”. Połączyć się z nimi powinnyśmy, bo one stanowią nasze dopełnienie, zmieszać zupełnie – a nie starać się wciąż możliwie najbardziej wyodrębniać przez zabijanie w sobie całych ogromnych regionów kobiecej natury, przez zubożenie się o cały ten czar lekkomyślności czy występku… Z tej zupełnej fuzji dopiero, z takiego zrównania poziomu wyłoni się synteza kobiety, nowy, pełny typ, który różniczkować się będzie już tylko na podstawie indywidualności, nie fachu. (Czytaj dalej… »)

Brudny dotyk - Monika Mularczyk

Karolina | Literatura piękna / powieść polska | 19 lutego 2010

O książce w Kolporter.pl:

Brudny dotyk

Przeczytaj fragment:


Rozdział 3

Leżała zwinięta w kłębek, patrząc z przerażeniem na padający śnieg. W połowie nieświadoma przemykających przez głowę myśli widziała wirujące płatki, które co jakiś czas przyjmowały kształt białej zasłony. Mącił się jej wzrok, biały puch przesłaniał świat. Zrozpaczony umysł był zdolny skupić się jedynie na myśli wciąż powracającej w majakach:
– Co robić… Co robić…
Kiedyś już tak było… Nie dali się wówczas losowi. Teraz jednak chłopców nie było przy niej, nie trzymali jej za ręce…

Wtedy to też była styczniowa noc. Troje nastolatków, skulonych i obejmujących się nawzajem, brnęło po kolana w śniegu. Park był ciemny, tylko gdzieniegdzie jaśniały punkty latarń ze zbyt słabymi żarówkami. Nic dziwnego. Miasteczko było biedne. Oszczędzano na wszystkim. Wyglądali na zabłąkanych, i tak faktycznie było. To był już drugi dzień ich wędrówki. Poprzedniej nocy próbowali już spać tu na ławce, ciasno przytuleni, rozcierając sobie nawzajem kończyny i nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Bali się zwrócić do kogokolwiek o pomoc, ale ich strach, teraz podkopany przez wyczerpanie, wydawał się już nieco bledszy niż jeszcze wczoraj.
Marek, najstarszy z ich trójki, spojrzał na Jacka i Ninę. Dziewczyna wyraźnie była najsłabsza, choć dzielnie dotrzymywała im kroku.
– Musimy coś zrobić. Długo tak nie wytrzymamy – powiedział w końcu.
Ninie usta zacisnęły się w desperacji.
– Nie wrócę tam. Nie mogę tam wrócić. Umrę, jeśli każą nam tam znowu iść!
– Ćśśśśś… – Trzęsący się z zimna Jacek próbował ją uspokoić. – Nikt ci nie każe tam wracać.
My też się nie palimy do powrotu do tego więzienia… Zaraz coś wymyślimy. (Czytaj dalej… »)

Moja les - Zofia Staniszewska

Karolina | Literatura popularna / obyczaj, romans | 10 lutego 2010

O książce w Kolporter.pl:

Moja les

Przeczytaj fragment:


Tylko homiczek

Zobacz, na sukience usiadł ci motyl! To chyba rusałka. Sama jesteś rusałka! Miłka się śmieje. To paź królowej. Żółty, a tu ma oczka. Tu, na dole. Rzeczywiście, zgoda, moja królowo, mogę być twoim paziem, twoją dwórką, czym tylko sobie zażyczysz. Tak? Spogląda mi zaczepnie w oczy. Hm… Wolę cię raczej w roli kolekcjonerki motyli. E… Przesadzasz! Jaki tam ze mnie kolekcjoner. Mnie nie interesują inne motylki, ćmy, ważki, bąki i wszelakie latające paskudztwa, ja tam wolę skoncentrować się na jednym okazie. Dobrze wiesz jakim. Jestem raczej entomologiem. Z zamiłowania, powołania i z wieloletnim doświadczeniem. Chodź, zbadam twojego motylka. Zwariowałaś! W szczerym polu! No właśnie, lipiec – wokół pszenica, świerzop albo inna dzięcielina – nie znam się na tym. Chodź, połóż się, sarenko. No coś ty, Dorota! – przekomarza się mój homiczek. A jak ktoś zobaczy? To będzie miał kino za darmo. Nie przejmuj się tak. Poczekaj, tu będzie dobrze. Tylko moją wiatrówkę ci podłożę, żebyś się nie pokłuła, i strzepnę te mrówki. Jak one mogły w tym zbożu, kiedyś? Te wszystkie chłopki? Przecież to ostre i twarde cholerstwo jest!
A tu nie. Tu jest mięciutko… rozchylę delikatnie twoje skrzydełka… i już mokro. Całkiem mokro. (Czytaj dalej… »)

Miłość, zdrada i spaghetti - Giulia Melucci

Karolina | Literatura popularna / obyczaj, romans | 1 lutego 2010

O książce w Kolporter.pl:

Miłość, zdrada i spaghetti

Przeczytaj fragment:


Kit Fraser wolałby drinka

(…)
Pomimo moich obaw zostaliśmy parą. Kit ze swojej strony nie robił nic, żeby te lęki podsycić. Nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że traktuje nasz związek poważnie. Zawsze dzwonił, kiedy obiecał że to zrobi. Nosił moją torebkę, jeśli szliśmy gdzieś razem, a torba była ciężka. Z radością odbył godzinną podróż pociągiem do mojej mamy w Bay Ridge, gdzie akurat spędzałam sobotni wieczór, chociaż mógł zostać tylko godzinę. Na początku jedyną osobą z problemami w tym związku byłam ja. Poznawanie świata miłości i seksu napawało mnie przerażeniem, wynajdywałam więc trudności, żeby dać pożywkę obawom, których sama nie rozumiałam. Przez pierwszy miesiąc przekonywałam się, że na pewno zaszłam w ciążę, chociaż przy moim wyjątkowym wyczuleniu na punkcie antykoncepcji szanse na to były praktycznie zerowe. Potem uznałam, że Kit jest gejem, bo na imprezie zniknął mi z oczu ze swoim kumplem, Mattem. Nie miałam nawet dosyć oleju w głowie, żeby zachować te wątpliwości dla siebie. Ze wszystkim szłam do Kita, który znosił moje neurotyczne wyskoki jak prawdziwy święty.
W tym czasie otwierał się przede mną jeszcze inny nowy świat, już nie tak pokręcony od problemów. Mieścił się on w kuchni mojego nowego mieszkania, gdzie kuchenka i piekarnik do mojej wyłącznej dyspozycji obudziły we mnie nieznane wcześniej pragnienie, żeby gotować. Kuchnia, którą dopiero co pożegnałam, była absolutnym królestwem mojej matki, przepełnionym w niedzielne poranki aromatem mięsa, smażonego na tradycyjne niedzielne ragù. Jako dziecko dostawałam na śniadanie świeżo ugotowanego, idealnie doprawionego klopsa – z jasnozieloną natką pietruszki wyzierającą z soczystego mięsa smakował nawet lepiej niż ten, który zjadałam wieczorem z już dokończonym sosem. W weekendy matka przygotowywała czasem duszoną jagnięcinę z młodymi karczochami i bobem, pieczoną płastugę w świeżej panierce albo – mniej wyrafinowane ale równie smaczne danie – pieczeń wołową z tłuczonymi ziemniakami. (Czytaj dalej… »)

Portret w bieli - Nora Roberts

Karolina | Literatura popularna / obyczaj, romans | 1 lutego 2010

O książce w Kolporter.pl:

Portret w bieli

Przeczytaj fragment:


Rozdział pierwszy

Pierwszego stycznia Mac obróciła się, żeby walnąć w budzik, i wylądowała na twarzy na podłodze swojego studia.
– Cholera. Szczęśliwego Nowego Roku.
Leżała nieprzytomna i otumaniona, dopóki nie przypomniała sobie, że nie dotarła na górę do sypialni, a budzik pochodził z komputera, który nastawiła na dwunastą w południe.
Zmusiła się, żeby wstać, i poczłapała do kuchni.
Dlaczego ludzie musieli pobierać się w sylwestra? Dlaczego chcieli urządzać oficjalne przyjęcie w czasie przeznaczonym na pijackie maratony i, prawdopodobnie, na przygodny seks? I jeszcze musieli wciągać w to rodzinę oraz przyjaciół, nie wspominając już o fotografach.
Oczywiście kiedy o drugiej nad ranem przyjęcie wreszcie dobiegło końca, mogła pójść do łóżka jak każdy normalny człowiek, zamiast spędzać następne trzy godziny na przeglądaniu zdjęć ze ślubu Hines–Myers.
Ale, kurczę, niektóre wyszły naprawdę dobrze. A kilka wspaniale.
Albo wszystkie były do niczego, a ona oceniała je w oparach euforii.
Nie, to były dobre zdjęcia.
Wsypała trzy łyżeczki cukru do filiżanki czarnej kawy i wypiła ją, stojąc przy oknie i wyglądając na biały koc śniegu, który okrywał ogrody i trawniki Brown Estate.
Odwaliły wczoraj kawał dobrej roboty, pomyślała. I może Bob Hines i Vicky Myers wezmą z nich przykład i wykonają kawał dobrej roboty przy swoim małżeństwie. (Czytaj dalej… »)

To, co się nigdy nie zdarza - Anne Holt

Karolina | Literatura piękna / powieść obca | 23 stycznia 2010

O książce w Kolporter.pl:

To, co się nigdy nie zdarza

Przeczytaj fragment:


Inger Johanne nie potrafiła się przemóc i polubić Sigmunda Berliego. Ten człowiek był na wskroś nieapetyczny. Bez cienia skrępowania dłubał w nosie, stale popierdywał, nawet nie przepraszając. Wiercił palcem w uszach, obgryzał paznokcie na oczach wszystkich, a akurat w tej chwili darł na kawałeczki brudną papierową serwetkę, nie myśląc o tym, że porwane przez przeciąg drobiny spadają na podłogę.
– To dobry chłopak – powtarzał zwykle Yngvar, z rezygnacją przyjmując chłodne nastawienie Inger Johanne. – Tylko trochę niewychowany. Czym są gile na nogawkach spodni w porównaniu z prawdziwą lojalnością? On jedyny naprawdę ze mną rozmawiał po śmierci Elisabeth i Trine.
Ten ostatni argument był nie do obalenia. Po tragicznej śmierci pierwszej żony i dorosłej córki Yngvar się załamał, chciał rzucić pracę, popadł w depresję. Dopiero Sigmund dzięki szorstkiej męskiej przyjaźni i wzruszającej trosce wciągnął go z powrotem w coś w rodzaju życia, które ostatecznego kształtu nabrało dopiero dwa lata po tragedii, kiedy Yngvar poznał Inger Johanne i zaczął wszystko od początku.
Teraz Sigmund siedział na stołku barowym w domu Inger Johanne, a przed chwilą zjadł kurczaka i trzy porcje sałatki z rukoli.
– Pysznie gotujesz – pochwalił, uśmiechając się szeroko i patrząc na Yngvara.
– Dziękuję – powiedziała Inger Johanne.
– No, ja zrobiłem dressing! – wykrzyknął Yngvar. – Dressing jest najważniejszy. Ale masz rację, to Inger Johanne jest w tym domu kucharką. Ja jestem tylko… Feinschmecker. Zajmuję się szczegółami. Wszystkim tym, co podnosi zwyczajny posiłek do…
Roześmiał się, gdy Inger Johanne zaatakowała go ścierką.
– Ona się nie zna na żartach – oświadczył, przyciągając żonę do siebie. – Ale w gruncie rzeczy nie jest taka zła. – Pocałował ją i nie chciał puścić. (Czytaj dalej… »)

Dalej »

Polski Wordpress
Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał azWeb dla Polski support WordPress